Nie śpię, bo trzymam Sejm

Drukuj

Fort Sejm. Miasteczko namiotowe na ulicy Wiejskiej ma warunki polowe. Śpi niespokojnie pod światłem latarni, kołysane do snu przez syreny policyjne. Szumi agregat, ładują się wymęczone telefony komórkowe. Służby miejskie sprzątają znicze z chodnika i pomnika AK. Dzisiejszy protest przygasł. Jutro wybuchnie znów. Niektórzy czuwają i krzyczą do godzin porannych, inni już padli jak stali, w ubraniach, przykryci byle czym. Rano zacznie się krzątanina wokół kawy, mycia zębów w wodzie mineralnej, ktoś przywiezie jedzenie. Po południu znów ściągną tłumy, w miarę jak przybywają posiłki po pracy i spoza Warszawy.

Historyjka z innego kraju. Jest rok 2001. Polska jeszcze nie w UE. Ledwie co wślizgnęliśmy się do NATO. Płyta CD zagranicznego zespołu kosztuje 69 złotych w Empiku. Do Wielkiej Brytanii płynie się promem, ściskając w garści swój paszport bez napisu European Union i modli się, aby celnik nie zawrócił. Pamiętamy kolejki na granicach, a naszym wspomnieniem z dzieciństwa jest twarz Jaruzelskiego w czarno-białym telewizorze. My, urodzeni w latach 80, mamy kilkanaście lat. Próbujemy się przebić za wszelką cenę do Zachodu. Pomału wkraczają telefony komórkowe, Internet w każdym domu, telewizje kablowe. Teledyski na Viva Zwei są naszą codzienną mszą. W szkole uczymy się proeuropejskości. Jest dla nas jak tlen, jak oddychanie. Oczywista.

Katarzyna Knapik ma 15 lat, jest w klasie I D i najbardziej marzy o tym, żeby zobaczyć koncert amerykańskiego muzyka Marilyna Mansona. Odkłada miesiącami na bilet. Jednak rodzice nie zgadzają się na wyjazd – pomimo kupionego biletu za 90 złotych, co było dla ówczesnego nastolatka kwotą kosmiczną. W mediach histeria, kontrowersyjny zespół kojarzy się z narkotykami i czarnymi mszami. Nastolatkom w czarnym makijażu sprawdza się nadgarstki i źrenice. Ostatecznie Kasia nie jedzie do Warszawy na koncert. Gdyby ktoś jej wtedy powiedział, że zaczeka 16 lat, aby zobaczyć na żywo występ Marilyn Manson, na pewno by się załamała. To jest przecież tyle, co ona żyje na tym świecie. Zaczekać jeszcze raz całe swoje życie, aby zobaczyć ukochany zespół?

A teraz wróćmy do 2017. Kasia ma 31 lat, była już na dziesiątkach koncertów, skończyła studia, zdobyła stopień naukowy i rozmaite certyfikaty, wyszła za mąż i się rozwiodła, kupiła mieszkanie, wzięła kredyt, zmieniła pracę już jakieś pięć razy, nauczyła się pięciu języków obcych, utyła, schudła, przeszła cztery operacje, ma już sztucznego zęba, blizny i zmarszczki przy oczach, kiedy się uśmiecha. Jest 21 lipca i po raz pierwszy jest na koncercie Marilyna Mansona. Marzenie się spełniło. Na scenie charyzmatyczny wokalista daje z siebie wszystko, chociaż widać, że to już echo dawnej formy. Kiedyś te piosenki, te teksty znaczyły dla Kasi z „pierwszej de” wszystko. Dzisiaj Katarzyna Knapik, wiceprzewodnicząca zarządu łódzkiego Komitetu Obrony Demokracji, patrzy w telefon. Śledzi wydarzenia na Wiejskiej, zdjęcia i posty znajomych. Rozmawia przez Messenger z kolegami i koleżankami, starając się ustalić dalsze działania. Ktoś jedzie w nocy, ktoś wraca, komuś potrzebne wsparcie, ktoś zrobił w Łodzi wspaniały protest, ktoś udostępnia materiały po angielsku dla zachodnich mediów, ktoś prosi o baterie R20 do szczekaczek.

Ręce bolą, bo Kasia od niedzieli prawie nie wypuszcza szczekaczki z ręki. Jest poobijana od spania na ziemi, pogryziona przez komary, brudna i spocona, ma na sobie wymiętą koszulkę KOD Animacja. W 2001 roku prędzej by umarła niż pojechała na Marilyn Manson bez czarnego makijażu i stylowego, subkulturowego stroju. 21 lipca 2017 ma na sobie spodenki dresowe i koszulkę KOD. Niebieską. Odcina się dziwacznie na tle tłumu w czarnych strojach. Twarz bez pudru, spalona słońcem, świeci się od potu. Włosy potargane, od dawna w kolorze naturalnym, bo kto ma czas farbować włosy. To wszystko kiedyś było religią. To wszystko było marzeniem. Dziś jest kompletnie nieważne.

Katarzyna wścieka się, że marnuje czas w Spodku. Że nie jest na Wiejskiej. Tam ludzie krzyczą, skandują, blokują ulice. Tam jest oblężone miasto. Tam jest jej miejsce. Tam jest jej namiot. Tam siedzi od niedzieli z przerwami na wizyty w Łodzi, prysznice i pracę zarobkową. W pracy wyszarpała urlop, żeby pilnować Sejmu. Urlop wypoczynkowy jak się patrzy – spanie 3 godzin na gołej ziemi, bo karimatę oddała koledze, który nie ma nawet śpiwora.

Katarzyna marzy, żeby być znowu na Wiejskiej. Na chodniku oblężonej ulicy. Ze szczekaczką w ręku. Marilyn Manson coś tam śpiewa. Kiedyś to strasznie poruszało. Dzisiaj jakoś nie. Dzisiaj jest inny bunt. Ważniejszy. Dzisiaj znajomi, do tej pory komentujący głównie kolejne sezony popularnych seriali, komentują wydarzenia w Senacie i pytają, gdzie można dołączyć do protestu. Koledzy z klasy I D, nie widziani od kilkunastu lat, nagle są na tym samym Krakowskim Przedmieściu. Pokolenie lat 80 wyszło wreszcie na ulice. I młodsze, już urodzone w Unii Europejskiej, też właśnie wychodzą.

Dzisiaj wszystko się splata. Znajomi poznani za granicą i ci, co wyemigrowali, udostępniają obrazki i komentarze z Polski. Po to mała Kasia uczyła się języków. Po to jeździła po świecie. Edukacja europejska, bunt z lat młodzieńczych z twarzą Marilyna Mansona, wymiana studencka, potem dwa lata spędzone z transparentem i szczekaczką na ulicy – łączą się. To jest ten moment, na który czekała całe życie.

Czytaj również

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>